Perełki z Gdyni

W tym roku na gdyńskim festiwalu filmowym polskie kino odsłoniło przed nami smaczek offu i nutkę pikanterii.

11 minut

Reżyseria: Jerzy Skolimowski

Premiera: 23 października

Polski kandydat do Oscara. Film opowiada o problemach współczesnych ludzi we współczesnym mieście.Chociaż nazwa filmu jest taka sama jak tytuł powieści słynnego producenta cytatów Paulo Coelho – nie jest jej ekranizacją. Film ma dla reżysera Jerzego Skolimowskiego wartość sentymentalną. W wywiadzie dla TVP Kultura powiedział, że jest to najbardziej osobisty film jaki zrobił. Obok Jedenastu minut na pewno nie przechodzi się obojętnie. Na Festiwalu Filmowym w Gdyni film zdobył zarówno uznanie, jak i krytykę.

Chemia

Reżyseria: Bartosz Prokopowicz

Premiera: 2 października

Jest to historia Magdy Prokopowicz – założycielki Fundacji Rak’n’roll i żony reżysera. Historia o umieraniu, odwadze i  jednocześnie szczęściu. Film określany najpiękniejszą polską historią o miłości, na widzach i recenzentach gdyńskiego festiwalu nie zrobił jednak wrażenia. Dlaczego?

Próżno szukać zalet filmu Prokopowicza. Obraz jest po prostu zły. Zawodzi muzyka, obsada aktorska, a animowane wstawki są irytujące. Reżyser żongluje stereotypami i pustymi emocjami, które uzupełnia pełnymi patosu dialogami i przeestetyzowaną forma. Poważny temat potraktowano w sposób banalny. Dzieło w swoim zamierzeniu miało poruszyć widza i zwrócić jego uwagę na niezwykle ważny temat, jakim jest walka ze śmiertelną chorobą. Tak się jednak nie stało. Powstał film, który razi pustką.

-Tak o filmie pisała Joanna Borowik, Radio Gdańsk

Demon

Reżyseria: Marcin Wrona

Premiera: 16 października

Wesele, duchy, demony, Izrael i niewyjaśnione sprawy. Film w reżyserii zmarłego tragicznie Marcina Wrony, który odniósł niebywały sukces na festiwalu w Gdyni. Określany mianem przełomu na polskiej scenie filmowej, jednak spotkał się z nagannymi recenzjami ze strony Gazety Wyborczej.

 Do serii gdyńskich rozczarowań dołączyłbym również cieszącego się powodzeniem „Demona” Marcina Wrony. Połączenie wątku żydowskiego dybuka z wątkiem współczesnego polskiego wesela wiejskich nowobogackich (z odniesieniami do Wyspiańskiego i Smarzowskiego) wydaje się grą stereotypów, abstrakcyjną i jakby spóźnioną. 

– Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza

Noc Walpurgi

Reżyseria: Marcin Bortkiewicz

Premiera: 25 września

Film, który pozazdrościł Idzie braku koloru. Opowieść o młodym dziennikarzu i ciut starszej diwie operowej z niezwykłym tatuażem. Tatuażem – numerkiem, wyznacznikiem, czymś o czym się nie chce pamiętać. Produkcja zyskała uznanie gości festiwalowych, była najdłużej oklaskiwana ze wszystkich. Jednak recenzenci Gazety Wyborczej, mieli nieco odmienne zdanie na temat Nocy Walpurgi.

Odwaga tego filmu jest jednak pozorna, a sens – wątpliwy, niejasny, jakby poszukiwany na oślep (…)Noc Walpurgi to narcystyczne marzenie o wielkim filmie na wielki temat Sztuki i Zagłady.

-Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza

Intruz

Reżyseria: Magnus von Horn

Premiera: 9 października

Film opowiada historię młodego chłopca – Johna, który po wyjściu z poprawczaka planuje rozpocząć życie na nowo. Produkcja, na którą czekam z zapartym tchem i chyba nie tylko ja. Zdjęcia do filmu w wykonaniu Łukasza Żala – fotografa oscarowej Idy, zdobywają uznania krytyków na całym świecie.

Moje córki krowy

Reżyseria: Kinga Dębska

Premiera: 15 stycznia 2016

Agata Kulesza, Marcin Dorociński, Marian Dziędziel – z taką obsadą film nie może nie wyjść. Reżyserka – Kinga Dębska, znana dotychczas z reżyserii sławnych, polskich seriali, postanowiła tym razem sięgnąć po coś ambitniejszego. Moje córki krowy to opowieść trochę obyczajowa, o poplątanym życiu Marty (Agata Kulesza). Szczerze mówiąc po obejrzeniu zwiastuna, nie jestem do końca przekonana, ale nie ocenia się książki po okładce, tak więc zobaczymy co z tego będzie.

Satyra szpitalnego życia

szpitalny catering
szpitalny catering

Dzień pierwszy

Jest nas cztery. Cztery kobiety. Cztery przedziały wiekowe. Moja sąsiadka, lat około 35. Naprzeciwko sześćdziesięciolatka i po przekątnej powyżej siedemdziesiątki. No i ja – niedoświadczona młódka. Wszystkie panie skrupulatnie mnie pouczają, bo ja przecież nic nie wiem o życiu. One – wręcz przeciwnie. W szpitalu jak w szpitalu. Nie ma co robić, więc wszystkie narzekamy. Robimy konkurs, która ma gorzej. Co trzy godziny odwiedza nas Meserszmit – naczelna pielęgniara, która w poprzednim życiu była pewnie więźniarką. Ma tak donośny głos, że słyszę ją z końca korytarza.

Moja sąsiadka – typ wiecznej nieszczęśnicy. Wszystko ją boli, jest zła na cały świat i lubi Zenka z Akcentu. Ma chłopaka, który nie przyniósł jej niedzielnego rosołu. W powietrzu wisi kłótnia. Za parę minut na sali rozbrzmiewa flagowa piosenka Akcentu. Sąsiadka odbiera:

-Piłeś

-Nie

-Na pewno piłeś! A idź w cholerę.

Chociaż nie miała zestawu głośnomówiącego, to rozmowa odbijała się echem po całej sali. Po tej pogadance lwica się rozpłakała, a narzeczony dalej nie przyszedł. Czekała ją kolejna samotna i bezsenna noc, przepełniona poczuciem winy lejącym się po obślizgłych ścianach szpitalnej sali.

Pantera z naprzeciwka

Kobieta z charakterem. Ta z tych sąsiadek, które są najwierniejszym źródłem informacji o tym co dzieje się na dzielni. Jej hobby to rozmowy o tym kto z kim i dlaczego. Przy tym oczywiście pouczanie młódek takich jak ja. Ale nie tylko mnie się obrywa. Dla męża też nie szczędzi języka. Nie trzeba dwa razy patrzeć, że małżonek siedzi pod pantoflem, a raczej pazurem Pantery.

-A idź już. O 17 jest mecz, pooglądałbyś sobie.

– Nie chcę oglądać meczu. Wolę posiedzieć z Tobą.

-A idź do domu, poczytaj gazetę.

-Kupiłem takie dobre landrynki. Chcesz jednego?

-A daj że mi spokój z tymi landrynkami.

Co ta kobieta robi, że ten mąż mimo tak długiego stażu chodzi jak w zegarku. Nie wiem, ale się dowiem. Pantera jest skora do wszelkich opowieści. Tematy czerpie ze swoich obserwacji. Gdzie się nie odwrócisz, Pantera cię widzi. Ona nie śpi, ona czuwa.

Białogłowa znad przekątnej

Staruszka ze złamanym biodrem. Wisi na niej skóra i wygląda jak cień, chociaż z trójkami już się pożegnała, to uśmiech nadal nie schodzi z jej twarzy. W jej bruzdach widać życie. Typowa staruszka ze wsi. Stara gwardia, co wodę ze studni nabierała wiadrami i żyto kosą zbierała. Trochę kapryśna, bo nie chce brać tabletek, ale kopalnia tematów niemała.

Dzień drugi

codzienne widoczki
codzienne widoczki

Zapoznałam się już z sąsiadkami. Pantera ma dziś totalną olewkę. Czekając na zabieg, śpi prawie cały dzień. Kupiła nową zdobycz, bluzkę w panterkę, pasującą do dresików w panterkę. Chyba za bardzo się z nami nudziła, bo poszła na zwiady. Chce zobaczyć jak tam się mają inni pacjenci. Miłość kwitnie. Dziś jej mąż przywiózł leżaczki. Leżeli sobie obydwoje, w parku, przed szpitalem. Ona ma tu swój prywatny Ciechocinek.

Sąsiadka dziś zrezygnowała z telefonów. W dalszym ciągu opowiada nam o swoim życiu. Rozwody, śluby, religie, bracia, siostry, matki. Do znudzenia.  Jednak zatelefonowała. Po papierosku w sali i wypsikaniu się markowymi perfumami, wybrała numer na moim dotykowym telefonie.

-Da Pani na chwilę zadzwonić?

-Proszę

-No nie odbiera. Pierdoła

– Ja mu wybije koleżków, ja mu wszystkich wybije. Poza tym wie, jaka ja jestem, jak wpadnę w nerwy, to wie. Lepiej do mnie nie podchodzić jak w nerwice wpadam. Jeden i drugi brat już się przekonali jaka ja jestem.

-Jak się przekonali?

-Jak wpadnę w nerwicę, tylko żeby noże nie były przy mnie. Bo mogę zabić.

Tak wygląda moja codzienność w szpitalu. Podsycana różnymi emocjami. Już się nie nudzę. Opracowuję tylko plan przeżycia.

Dziś w nocy Białogłowa dała o sobie znać. Postawiła cały szpital na nogi. Miała jakieś wizje. Lepiej niż po LSD. Wydawało jej się, że owies i pszenica leżą na podłodze. W dodatku, kazała nam to wszystko zbierać. Krzyczała, że nie zapłaciła podatków, że krowa została upolowana na polu, widziała psa siedzącego na krześle. Opowiadała też o swoim psie, który utopił się w rzece, myślała, że jest w kuchni i kazała mi przesuwać wyimaginowane drzwi. Kosmos.

Dzień trzeci

W sali toczą się dziś debaty polityczne. Pantera, mąż i nowa pacjentka obmawiają nowego prezydenta.

-A widział pan, ręki Kopacz nie podał.

-No nie podał.

-A to źle.

-No bardzo źle.

-Mąż jej ostatnio zmarł. Mógłby tę rękę podać.

-No mógłby, ale nie podał.

-I co to będzie?

-Ja tam go lubię. Jest inny niż wszyscy.

-No żeby się ten Kaczyński nie wpieprzał to będzie dobrze, bo jak zacznie się wpieprzać to nic z tego nie będzie.

-A no.

Cisza. Na chwilę debatujący ustali. Później zaczęli narzekać na PRL.

-A Gomółka to był taki premier od gnoju

-Takie były czasy

Na tym debaty się zakończyły. Włączyłam telewizor, wrzucając do puszki dwa złote, za które mogłam godzinę pooglądać Dr House’a.

Dzień czwarty

Odwołali mi zabieg. Nie jadłam 24h. Szit happens. Wenflon uwiera mnie w rękę. Zdecydowałam się iść do jamy lwa i skonfrontować z pielęgniarkami.

-Jest mi niewygodnie i boli mnie ręka. Mogłyby panie wyciągnąć ten wenflon i założyć jutro nowy?

-Śmiech. Co Pani nie wie, że każdy wenflon kosztuje? A poza tym pacjentowi nie musi być wygodnie.

Mission failed.

Pantera wychodzi. Bez niej już nic nie będzie takie samo. Zamykam zeszyt. Ze smutkiem i rozczarowaniem polskim szpitalem.

Sponsor imprezy
Sponsor imprezy

Wieszcze opiumowi

wieszcze
źródło: celebixy.pl

Mickiewicz, Słowacki, Krasiński – nazwiska wszystkim dobrze znane z nudnych lekcji języka polskiego. Lektury wyrzucone z pamięci, biografie znane na pamięć. A raczej – wygodne fakty biograficzne. Co z nieznanymi, narkotycznymi przyzwyczajeniami naszych literatów? Są pomijane.

Opium – co to takiego?

Specyfik wytwarzany z jednego spośród dwudziestu ośmiu gatunków maku, towarzyszy nam już od trzeciego tysiąclecia p.n.e. Już sama Kleopatra piła wino, które było mieszanką opium i soku z roślin psiankowatych. W Polsce narkotyczne działanie opium było widoczne w latach siedemdziesiątych, podczas hippisowskiego ataku zupą makową. A wcześniejszy wiek obfitował w poetów opiumowych, dla których opium było czymś  co przedłuża dzieciństwo.

Mickiewicz w gęstych oparach

Adam Mickiewicz wieszcz narodowy, romantyk, narkoman. Tworzył w epoce przesiąkniętej orientem, tak więc chcąc nie chcąc orient stał się jedną z jego inspiracji.

Korzeń ciemierzycy, wywar z szaleju, dym bielunia – to były narkotyki XIX wieku. Mickiewicz jednak gustował w konopiach.

Dziady cz. III

Gdy w kolonijach osiądę,

Ogród zorzę, grzędy skopię,

A na nich co rok siać będę,

Same lny, same konopie

Duchy występujące w przywołanych powyżej Dziadach, nie wzięły się znikąd. Mickiewicz jako młodzieniec interesował się mesmeryzmem – metodą komunikacji z duchami. Mesmeryci z duchami komunikowali się w czasie sesji opiumowych. Później Mickiewicz dołączył do masonerii, bractwa filomatów i filaretów. Bractwa masońskie organizowały często ogniska, w słynnych Tuhanowiczach, których stałym bywalcem był właśnie sam Mickiewicz. Dla masonów ważne były rośliny – dlatego często owe ogniska były spotkaniem z różnymi specyfikami, które jak wiemy Adaś opisał w swoich słynnych dziełach.

Słowacki narkotyczny

Juliusz Słowacki – palacz opium i haszyszu. Kontakty z tymi substancjami mógł mieć już na Uniwersytecie Wileńskim, a także podczas pobytu w Londynie. Kiedy to zaprzyjaźnił się z wydawcą i autorem książki o opium – Leighem Ritchiem. Haszysz towarzyszył poecie także podczas pobytu w Paryżu. Możliwe, że pod wpływem jego działania napisał poemat Beniowski. Z paleniem haszyszu wieszcz spotkał się również u króla Egiptu.

Mickiewicz i Słowacki – odwieczni rywale, razem podczas narkotycznych podróży. Okazuje się, że obaj wieszcze należeli do kręgu Towiańskiego. Słowacki jednak opuścił towiańczyków i udał się w samotną podróż narkotyczną do Paryża, gdzie przekładał Księcia Niezłomnego.

Gdy przekładałem Księcia Niezłomnego, tarzałem się po ziemi, wystawiałem sobie, że jestem księciem Portugalii.

Powyższy opis, mógł być przywołaniem reakcji na któryś z narkotyków.

Eter Krasińskiego

Krasiński nasz wieszcz narodowy. Mądry, ceniony i uzależniony. Od eteru i opium. Razem z Delfiną Potocką, wymieniali liściki jak to Zygmunt z nałogu wyleczyć się nie może i jak z nim walczy, opiera się mu, ale przegrywa. Krasiński – poeta upadku, fascynuje się śmiercią, pisze o tym co ma nastąpić i przewiduje. Poeta to chodząca autodestrukcja. Jego życie to podróż do opiumowych otchłani i eterowego odurzenia. W listach do przyjaciół opisuje swoje odczucia na temat życia:

W mojej duszy rozgrywają się dziwne sceny, żyję w świecie którego nie scala żadna jedność. Sny przenoszą mnie w przeszłość, potem ukazują rąbek przyszłości, który znika po chwili.

Można powiedzieć, że Krasiński był obiektem pomiędzy Mickiewiczem, a Słowackim. Między meskaliną, a opium. Jest on nieskładnością pomiędzy oboma żywiołami.

Placebo

placebo-blog

Placebo to książka autorstwa młodej pisarki Elizy Chojnackiej. Niezbyt opasły tom, liczący sobie 199 stron, to opowieść o poszukiwaniu siebie. Przedstawiona historia, może stać się odpowiedzią na dręczące nas problemy. Książka daje nam do zrozumienia, że choroby natury psychicznej, nie mogą być lekceważone.

Główna bohaterka,  to dojrzała kobieta, którą rodzina umieściła w szpitalu psychiatrycznym. Jak sama mówi, jej choroba nie jest tak ciężka jak pozostałych pacjentek. Bohaterka prowadzi dziennik, w którym opisuje dni spędzone w szpitalu.

Dla niektórych czwartek, dla mnie kolejny dzień życia

Przyciemnione światło w pokoju, szpitalne łóżko, kraty w oknach. Czuję się niepewnie. Nie wiem, czy to dobre miejsce dla moich rozszalałych myśli . Czy pomieszczę je w tej małej sali. Czy zdołam się z niej uwolnić. Gdzie ukryję lęk przychodzący do mnie każdej nocy, o każdej porze, który obejmuje mnie swoją siłą niczym spragniony kochanek.

Dziennik jest kluczem do chorej duszy kobiety. Autorka stara się nam przybliżyć jak myśli, co czuje i jak się zachowuje człowiek w zamknięciu, odcięty całkowicie od rzeczywistości. Pacjentki szpitala nie mają dostępu do radia, telewizji czy wiadomości. Żyją tu i teraz. Ze swoimi problemami. Ich dni polegają na włóczeniu się po korytarzach, rozmyślaniu, przyjmowaniu leków, rozmowach z lekarzem. Jednak niektóre z pacjentek przełamują monotonię. Okazuje się, że nocą drzwi szpitala wcale nie są zamknięte.

Czytając tę książkę, na początku wydaje się nam, że panuje w niej chaos. Jednak gdy po kilku stronach, chcemy ją odłożyć na półkę, nie robimy tego, bo narasta w nas coraz więcej pytań. A jedno z nich brzmi: Kto tak naprawdę jest zniewolony?

21

Kapsel – jest Ci bliższy niż myślisz. Razem z tobą na każdej imprezie, w parku z kumplami czy we wspomnieniach z dziecinnych zabaw.  Nigdy nie traktujesz go zbyt poważnie, a przecież tylko dzięki niemu alkohol, którym tak szczycą się Niemcy, Czesi czy Irlandczycy utrzymuje swoją niepowtarzalną świeżość i niezapomniany smak. Zapominasz o nim, jego życie kończy się po otwarciu piwa lub oranżady. Wbity w glebę znosi ciężkie warunki atmosferyczne,  niczym leśni partyzanci. Wyrzucany na dno śmietnika, razem ze swoimi siostrami butelkami nieraz zmaga się z nieznośnym dla ludzkich nosów odorem. Jednak nie jest całkiem bezbronny. Jego bronią są zęby. Całe dwadzieścia jeden kłów wystających z okrągłej zawleczki. To dzięki nim może wygrać walkę z ciemnością w worku na śmieci, rozdzierając go i zdobywając trochę światła.

Kapsle mają tylko o jedenaście mniej zębów niż ludzie, a są tak bardzo pomijane. Nikt z nas, pewnie nigdy nie zadał sobie pytania: Dlaczego jeden, drugi, trzeci kapsel ma taką samą liczbę ząbków. Ba! Pewnie nawet nikt z nas tego nie liczył. A to jest ważne, to jest naprawdę ważne. Bo to jest pewna prawidłowość, o której powinniśmy wiedzieć, skoro kapsel jest takim wiernym towarzyszem naszego życia. Czasem nawet to towarzystwo może przerodzić się w bliższą relację. Kiedy już wszyscy przyjaciele cię opuszczą, to kapsel staje się twoim powiernikiem, po jakimś czasie terapeutą, a na koniec obserwatorem upadku.

Wszystkie kapsle należą do jednej rodziny, która pieszczotliwie nazywa się DIN 6099. Żyją w ścisłym związku z wszelakimi otwieraczami. Po prześledzeniu drzewa genealogicznego, zauważyłam, że ich niemieckie korzenie, sięgają lat sześćdziesiątych XX w. Jednak jak w każdej rodzinie, tak i w tej, są czarne owce. To wszyscy bracia, którzy po otrzymaniu wizy, zmienili się nie do poznania. Są niestandardowi, inaczej ukształtowani. Zdarza się nawet, że mają 24 lub 29 zębów. Wynika to z tego, że szyjki butelek są o wiele szersze, niż tu u nas w Europie. Taki tam mają klimat, co poradzić. Niestandardowi bracia musieli się dopasować, jak każdy w kapitalizmie.

Co czytać w sierpniu

Upał niesamowity. Żar leje się z nieba wiadrami. Siedzę w domu przed komputerem. Czytam książki. I tak nie mam lepszego zajęcia. Jeśli nie macie akurat czego czytać, to proponuję dwie publikacje, warte uwagi:

  1. Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

sacks_kapelusz_net

Książka autorstwa brytyjskiego neurologa Olivera Sacksa jest zbiorem 24 opowiadań. W każdym z nich autor stara się przedstawić świat osoby obciążonej chorobą neurologiczną. Neurolog prostym językiem wyjaśnia co to jest zespół Korsakowa, amnezja, zespół Tourette’a, do czego służy haldol i jak traktować artystów – autystów. Przystępny język książki  pozwala zrozumieć dlaczego niektóre osoby na ulicy nie mogą złapać równowagi, chociaż nie są pod wpływem alkoholu. Dzięki tym opowiadaniom każdy człowiek zobaczy jak niewiele potrzeba, aby wyłączyć jeden zmysł i jak trudne jest życie bez niego.

  1. Sergiusz, Czesław, Jadwiga

z14244410Q,--Sergiusz--Czeslaw--Jadwiga----Maria-Nurowska--wy

Sergiusz Piasecki, Czesław Miłosz i stojąca pomiędzy nimi Jadwiga. Każdy etap tej książki jest odpowiedzią na pytania dręczące autorkę, Marię Nurowską. Autorka przez całe życie stara się wyjaśnić spór Piaseckiego i Miłosza, w końcu sama zostaje wciągnięta w tę historię. Czy Miłosz był dobrym człowiekiem? Dlaczego Piasecki jest w Polsce zapomniany? Książka w domyśle biografia Sergiusza Piaseckiego, staje się tak naprawdę biografią tych trzech osób. Ujawnia dobrą i złą stronę Czesława Miłosza i po trochu skrywaną przez niego tajemnicę. Prosty język, mało zawiła fabuła, lekka, krótka, letnia.

Ale dobre gołąbki!

Zlizuje z palców, ostatnie ślady sosu.
-Ale dobre gołąbki. Mamo, ubóstwiam cię.

mum
Pokój wzlotów i upadków, Mama

Podchodzę do niej i całuję ją w policzek, przytulam. To dla mnie coś ważnego. Rzadko okazuje rodzicom uczucia. Ale ostatnio coś mnie kłuje. Kłuje w boku, gryzie w sercu. Ktoś odszedł. Nie była to bliska mi osoba, ale ją znałam. Miała tyle samo lat co moja mama. Ryczałam gdy się dowiedziałam, że nie żyje. To mogła być moja matka, cholera. Mogła, ale nie jest. Doceniłam to.
Moja mama jest starszą kobietą. Urodziła się drugiego stycznia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku. Za trzy lata miał umrzeć Stalin. W kotle PRL-u wrzało.
Bardzo chciałam wyjechać z tego zasnutego smogiem miasta. Na chwilę. Stęskniłam się za rodzicami. Uważam się za lepszą osobę niż dwa lata temu (Nie dochodzcie dlaczego dwa lata, po prostu i już). Zdałam sobie sprawę z tego, że moi rodzice mnie potrzebują. Mają już dużo lat. Boją się śmierci. Ja też się jej boję. Dużo o niej myślę. Modlę się o nich i gadam do Boga: ,,niech nigdy nie odchodzą’’. Nie da się przygotować na śmierć, po prostu się nie da.

imm028_27
Śmierdzi farbą, ale to dobrze, przynajmniej czuję Twoją obecność, Tata

Dostrzegam spojrzenia mojego ojca. Są pełne wdzięczności. Za to, że jestem, że pomagam mu przenieść deskę z jednego końca podwórka na drugi, że się śmieję, że robię zdjęcia, że z nim rozmawiam. On się uśmiecha. Nigdy w życiu nie widziałam szczerszego uśmiechu, niż ten mojego ojca. Mamy takie same oczy, a jednocześnie trochę inne. Jego tęczówki bratają się z brązem, moje trochę bardziej z czernią.
Moja matka zawsze płacze gdy jadę do Krakowa. To tylko chwila, a tak boli. Zawsze gdy przekręcam kluczyk, boję się, że już ich więcej nie zobaczę. Nie boję się o siebie, bo złego diabli nie biorą. Boję się o nich. Bo gdyby ich zabrakło, to. No właśnie, sami wiecie co.
Nie mam ciężko, dopóki są w pobliżu. A te gołąbki, no palce lizać. Wszystkie zjadłam. Nie mogę się ruszać.

Pogo(towie) już jedzie

Chłopak z szytym łukiem brwiowym

-Czyżynalia?

-No, jak widać…

Tegoroczne Czyżynalia . Wspaniały Line up. Wszystkie kapele, których słucham. Kupiłam bilety na dwa dni. Dotarliśmy na miejsce w połowie pierwszego koncertu. Grali chłopcy z Luxtorpedy. Hans wydzierał się na scenie. Litza wtórował mu na gitarze.  Stałam przeskakując z nogi na nogę. W końcu zagrali Autystycznego. Nie mogłam się oprzeć, powierzyłam moją torebkę w opiekę Karolinie i popłynęłam. Od razu wbiłam się w falę tłumu. Poniosło mnie, zamykałam oczy, darłam się na całe gardło.  Piosenka Mowa Trawa, zaczęło się łagodnie, ale pozniej wszyscy przyspieszyli. Pogo było naprawdę brutalne. Zeszłam na bok. Moment kulminacyjny koncertu nastąpił.

Zostałam popchnięta i z wielką siłą wylądowałam na twardym betonie. Moja stopa znalazła się jakimś cudem pod moim pośladkiem. A mój but na środku placu. Buta podał mi jakiś zatroskany punk, a po stopie została kałuża krwi. Krzyczałam w niebogłosy, aż usłyszeli mnie dobroduszni ratownicy, którzy na moje nieszczęście musieli mnie przenieść obok publiczności. Ludzie klaskali, ja płakałam. Ratownicy medyczni w końcu posadzili mnie na ławce w swoim magicznym namiocie, zrobili ze mną wywiad, obmyli ranę i wysłali do domu. Zwykłe stłuczenie, nic poważnego.

Moi koledzy trzymają mnie za dłonie, bledsi ode mnie. Ja płacze. Stopa puchnie. Spodnie rozdarte. Wyglądam jak ofiara strzelaniny na Bronxie. Maniek – mój kolega niesie mnie na ramionach. Ludzie spoglądają ze współczuciem. Wsiadamy do taksy. Taksówkasz myśli: – Pewnie najebana. Myli się, bo ja tylko po jednym piwie. Przyjezdzamy pod blok. W mieszkaniu opieka medyczna 24/h. Każą jechać na SOR. No to jedziemy. Czekamy dwie godziny. Noga boli, łzy się leją. Na tyłku zaczynają mi się robić odparzenia od siedzenia stale w jednym miejscu. Naprzeciwko mnie telewizor, a w nim coś na kształt Must be the music. Oglądam. Nagle słyszę, że moje nazwisko zostało wyczytane. Tak więc idę, a raczej jadę. Nihil novi. Zmieniamy opatrunek, może otwarte złamanie, ale chyba nie, niech pani czeka do 6h. Moje oczy jak pięć złotych.

Poproszono mnie po 3h, kiedy już zdążyłam się przyzwyczaić do bólu. Pani doktor ogląda stope, z marszu mówi że złamanie otwarte, z przemieszczeniem. Prześwietlenie to potwierdza. Stopa w szynie. Opatrunki do zmiany. Lekarze słysząc, że jestem na dziennikarstwie, pytają czy pracuję w jakichś mediach. Boją się. Ja mówię, że nie (chociaż teraz tego żałuję). Oni oddychają z ulgą.